wtorek, 23 grudnia 2014

Od Sasuke Do Kakashi'ego #306

Po tym, jak spędziłem cały dzień w Konohagakure, ruszyłem do miejsca, gdzie umówiłem się z Orochimaru, tzn. w okolice Wioski Mgły. Pierwszą już zniszczyłem, a druga jeszcze istniała, i to właśnie gam mieściła się kolejna jaskinia. Po godzinie spacerku, teleportacji i truchtu znalazłem się pod nią. Orochimaru nie było. Stanąłem pod jaskinią i rozejrzałem się.
-Może pomyliłeś adres?- mruknął Juubi.
-Wątpię, żeby ta jaskinia w ogóle posiadała swój adres, ale wszystko jedno.- odparłem i znów się rozejrzałem. Minęła tak cała noc. A po Orochimaru nawet śladu. Używałem nie raz Kanchi, ale bez rezultatów... Zmarszczyłem czoło krzywiąc się. Usiadłem. Zaczynało świtać... Orochimaru zjawił się dopiero po czternastej. Wstałem i spojrzałem na niego niezadowolony.
-Mówiłeś, że nie tolerujesz spóźnień...- mruknąłem.
-Wybacz... Zatrzymał mnie stary... znajomy...- wyjaśnił oblizując się. Przewróciłem oczami.
-Nie ważne... Chciałeś mi wyjawić wskazówki.. Nie ma czasu...- powiedziałem i podałem mu kartkę, którą wręczył mi kilka dni wcześniej. Uśmiechnął się swoim sposobem i użył swej chakry, a na kartce pokazały się litery... Podał mi ją i powiedział:
-Liczę, że wykonasz zadanie...- wysyczał i zniknął.  Spojrzałem na kartkę. Przeczytałem co następuje:
"Odnajdź Karin w Kraju Błyskawic. Zaginęła podczas misji. Możliwe, że trafiła w ręce swoich nieprzyjaciół. Masz znaleźć i przyprowadzić do tej jaskini, gdzie przebywałeś podczas naszego pierwszego treningu. Liczę, że znajdę was tam oboje żywych, drugiego dnia o zachodzie słońca."
Skrzywiłem się nieco, ale schowałem kartkę do kieszeni i przywołałem kruka. Wszedłem na jego grzbiet i poleciałem nad Kraj Błyskawic...
Kiedy już znalazłem się nad nim, użyłem Kanchi...
-Karin... Gdzie ty kurwa jesteś...?- mruknąłem. Rozejrzałem się używając Kanchi, kiedy znalazłem jej chakrę... Była na wyczerpaniu... Skierowałem kruka w dół. Była w lesie... Teraz leciałem tuż nad granicą drzew. Była coraz bliżej... Nagle zobaczyłem w dole jaskinię... Odwołałem kruka, a sam zrobiłem salto gładko na ziemi. Rozejrzałem się. Karin była w jaskini... Czułem to... Rozejrzałem się. Wszedłem po cichu do jaskini. Nic. Cisza. Wszedłem głębiej w ciemność. Nagle dostrzegłem coś na ziemi... Podszedłem bliżej... To Karin... Leżała nieprzytomna... Rozejrzałem się używając Kanchi. Nikogo tu nie było oprócz niej... Podszedłem bliżej. Potrząsnąłem nią. Jeknęła. Podniosłem ją i wziąłem na plecy. Znów jeknęła. Mruknąłem tylko pod nosem i  wyniosłem ją z jaskini. Następnie przywołałem dwa kruki. Na jednym położyłem Karin i przywiązałem ją liną do grzbietu ptaka, by nie spadła, a sam wszedłem na drugiego. Następnie zaniosłem nas nad las i skierowałem ptaki w drogę powrotną... Nagle Juubi powiedział:
-A może się zabawimy...?- spytał wydając z siebie pomruk.
-W jakim sensie?- uniosłem jedną brew uśmiechając się chytrze.
-Wiesz o co mi chodzi...- wymruczał. Zmrużyłem oczy i uśmiechnąłem się morderczo. Skierowałem obydwa ptaki nad jedną z wiosek. Zostawiłem kruka z Karin na grzbiecie w powietrzu, a swojego odwołałem. Zacząłem spadać prostopadle w dół. Wylądowałem z hukiem krusząc ziemię pod sobą po środku wioski. Wszędzie unosił się pył. Cała wioska wstrzymała oddech. Uśmiechnąłem się jadowicie. Kiedy pył opadł, wszyscy ludzie zaczęli wrzeszczeć i uciekać. W jednej chwili otoczyło mnie ANBU.
-Poddaj się... Mamy przewagę. Jesteś otoczony. Jeśli wykonasz jeden ruch, zabijemy cię.- powiedział dowódca. Uśmiechnąłem się kpiąco.
-Chyba w takim razie mnie nie doceniasz...- powiedziałem.
-Rzuć broń.- zażądał.
-Nawet jej nie podniosłem, więc nie mam jak jej rzucić.- zadrwiłem. Dowódca wymienił z jednym z nich porozumiewawcze spojrzenia.
-Nie zostawiasz nam wyboru.- powiedział.
-Odwrotnie. To wy, nie zostawiacie mi wyboru. Chociaż nie. Ja sam wybrałem.- powiedziałem. Czwórka rzuciła się na mnie z czterech różnych stron. Błyskawicznie aktywowałem Sharingan i złożyłem pieczęć. Znalazłem się za nimi. Odwrócili się zdezorientowani. Powiedziałem:
-Jakieś ostatnie życzenia? Nie, że je spełnię...- spytałem. W jednej chwili wszyscy na mnie skoczyli, a ja użyłem Chidori Nagashi. Wszyscy leżeli. Uśmiechnąłem się zadowolony i chodziłem po wiosce, odprowadzany krzykami, płaczem i paniką. Następnie zszedłem do gabinetu władcy wioski. Wszedłem do niego bezceremonialnie i spojrzałem na niego zabijając go Sharingan'em. Następnie wskoczyłem na dach i stamtąd zacząłem palić wioskę Amaretasu. Jak został już tylko gabinet na którym stałem wyskoczyłem w powietrze przywołując kruka, podczas kiedy Amaretasu pochłonęło gabinet. Ugasiłem płomienie. Cisza... Uśmiechnąłem się zadowolony i podleciałem do kruka, na którego grzbiecie leżała Karin i skierowałem obydwa ptaki z powrotem.

Po czterech godzinach powolnego lotu, zrobiłem przerwę, by opatrzyć Karin... Chyba coś było nie tak, skoro tyle czasu się nie budziła... Wylądowałem więc w jakimś lesie na granicy Kraju Ognia. Kruki wylądowały gładko na jakiejś polanie. Zeskoczyłem zwinnie z ptaka i zdjąłem Karin z grzbietu drugiego. Położyłem ją na trawie i sprawdziłem oddech. Był płytki, ale stosunkowo miarowy. Następnie sprawdziłem puls. W normie... Wyglądało to tak, jakby spała... Zmarszczyłem czoło i potrząsnąłem nią. Jeknęła.
~A może jest złapana z genjutsu...?~ pomyślałem.~ Ale nie... Nikt nie ma takiej mocy, by kontrolować genjutsu z tak wielkiej odległości... Tutaj nikogo nie ma w promieniu wielu kilometrów... To niemożliwe...~ od razu odrzuciłem tą opcję. Zamyśliłem się. ~ Chyba, że jest pod wpływem jakichś środków...~ dodałem w myślach. Wyjąłem z kieszeni butelkę z wodą i wylałem jej zawartość na twarz Karin. Po chwili zaczęła się budzić. Otworzyła oczy ksztusząc się. Spojrzała na mnie.
-Sasuke...?- spytała zaskoczona.- Co ty tu robisz? I gdzie ja jestem?- chciała wstać, ale jeknęła tylko łapiąc się za ramię.
-Orochimaru mnie po ciebie wysłał... A gdzie jesteśmy...? Jesteśmy na granicach Kraju Ognia...- odparłem wzruszając ramionami.- Co zaszło w Kraju Błyskawic?- spytałem patrząc na nią chłodno. Chwilę milczała. W końcu jednak zaczęła mówić:
-Miałam zniszczyć jedną osobę z wioski, leżącej w pobliżu tej jaskini gdzie mnie znalazłeś...- zaczęła.- Ale po drodze wykryli mnie członkowie ich oddziału specjalnego ANBU... Złamali mi chyba rękę... Uciekłam do tamtej jaskini i nagle oberwałam w głowę... To tyle... Później KTOŚ oblał mnie wodą i się ocknęłam...- spojrzała na mnie morderczo.
-Myślałem, że cieplej mi podziękujesz...- mruknąłem ni wstałem.- No nic... Kiedyś mi podziękujesz... Teraz chodź... Orochimaru oczekuje, że jutro o zmroku będziemy w jednej jaskini... A ja mam coś jeszcze do załatwienia...- powiedziałem i wskoczyłem na większego kruka. Chciała wejść na tego samego, ale rzuciłem jej zażenowane spojrzenie i mruknąłem: -Twój jest tamten...- wskazałem na ptaka obok.
-Jesteś pewien...? W górze jest zimno, a razem cieplej...- powiedziała uśmiechając się do mnie ponętnie. Przewróciłem oczami.
-Się seksu zachciało...- mruknąłem i wzbiłem się w powietrze, a drugi kruk zrobił to samo łapiąc ją w szpony.
-Ej!- krzyknęła. Zignorowałem to jednak.- Mam chorą rękę...!
-A ja mam to gdzieś... Miałaś szansę by podróżować wygodnie ja grzbiecie, ale wolałaś ją stracić... To już nie mój problem...- mruknąłem nie patrząc na nią. Całą drogę jęczała.
Po godzinie byliśmy na miejscu. Kazałem krukowi puścić Karin, a ta zwaliła się z jękiem na ziemię. Przewróciłem oczami i gładko zeskoczyłem z grzbietu swojego ptaka, po czym je odwołałem... Zniknęły zostawiając mnie samego z Karin. Spojrzała na mnie i powiedziała:
-Chyba nie mogę ruszać ręką... Mógłbyś...- zaczęła patrząc na mnie. Jednak przerwałem jej:
-Nie, nie mógłbym...- warknąłem i po chwili dodałem: -Mam coś jeszcze do załatwienia... Wrócę jutro...- powiedziałem i zacząłem odchodzić.- A, i jeszcze jedno.- dodałem.- Zmieniłem hasło do jaskini.- uśmiechnąłem się do niej wrednie i złożyłem pieczęć znikając...
Pojawiłem się w okolicy mojej wioski... Spojrzałem na zniszczone domy, zgliszcza i martwą ziemię... Dotknąłem ręką ziemi i ruszyłem ulicami zamyślony... Kiedyś było tu pełno życia... A teraz... Nic... Nic oprócz śmierci i wspomnień... Westchnąłem...
Cały dzień chodziłem po wiosce... Następnego dnia późnym popołudniem, tuż przed zachodem słońca, pojawiłem się w jaskini... Otworzyłem ją i zobaczyłem Karin siedzącą na gałęzi drzewa. Zaśmiałem się szyderczo:
-Chyba z tobą i twoją ręką już lepiej!- zadrwiłem. Mruknęła coś tylko pod nosem. W tej chwili pojawił się Orochimaru. Spojrzał na mnie. Uśmiechnął się swoim sposobem i powiedział:
-Dobrze... Teraz muszę zamienić kilka słów z Karin... Zobaczymy się późnej...- powiedział i ruszyli z Karin w głąb lasu. Zostałem sam. Wszedłem z powrotem do jaskini i zmieniłem się w wilka, po czym zasnąłem...
Obudziły mnie kroki. Otworzyłem jedno oko. Kakashi wrócił. Spojrzał na mnie. Spytał:
-Gdzie byłeś?- spojrzał na mnie pytająco z niepokojem.
-A... Rozrywki szukałem w Kraju Błyskawic...- mruknąłem i ziewnąłem przeciągle, wyciągając łapy.
-Jutro spotykamy się z resztą...- powiedział.
-Tsa...- mruknąłem ziewając znowu.- Noc jest?- spytałem.
-Tak... Druga nad ranem.- odparł. Pokręciłem nosem i znów się położyłem.
-Więc chodźmy spać... Padnięty jestem... Ty pewno też...- powiedziałem zamykając oczy.

<Kakashi?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy