Wstałem.. Obudziła mnie cisza. Tak - obudziła mnie CISZA. To było dziwne uczucie... Chyba nigdy i nigdzie na świecie nie było tak cicho. Ani szmeru myszy, ani śpiewu ptaków, ani szczekania psów, nawet szelestu liści... Podniosłem się i przeciągnąłem. Od razu ruszyłem nad rzekę, która płynęła blisko wioski. Umyłem się i wyciągnąłem książkę... Postanowiłem tego dnia zrobić trzy rzeczy: Uwolnić Wodę i Ziemię oraz poćwiczyć Susanoo. Zacząłem od uwolnienia wody. Już umiałem po niej chodzić i pomyślałem, że może tam łatwiej mi pójdzie. Rzeka właściwie była bardzo długim jeziorem, bo z jednej strony ograniczona starą tamą, a z drugiej - zasypana przez piach, więc stanąłem na jej spokojnej tafli i skupiłem się na tym co mnie otaczało - wodzie. Towarzyszył mi jedynie jej cichy szmer... Na medytacji i formowaniu różnych rzeczy i postaci z wody zeszło mi półtorej godziny... Kiedy uznałem, że jestem gotowy, skumulowałem swą chakrę i skupiłem się jak nigdy wcześniej - ruchem rąk pobudziłem wodę i ta słuchała się mnie jak pies słucha właściciela. W chwili, kiedy czułem się na siłach, ruchem ramion uniosłem gwałtownie ręce do góry, a woda naokoło mnie wystrzeliła jak z wulkanu, jednak na mnie nie spadła nawet jedna kropla... Uformowałem z wody smoka i stanąłem na jego grzbiecie. Pokierowałem go w górę, a ten uniósł mnie w powietrze. Teraz widziałem wszystko idealnie. I zniszczoną wioskę, i rzekę, i lasy i zgliszcza oraz polany... Jak na dłoni... Westchnąłem. Pamiętam tak to miejsce było pełne życia, kolorów, gwaru... Teraz nic... Śmierć, zapomnienie i głucha cisza... Zacisnąłem oczy i ruchem ręki kazałem smokowi zejść na dół. Kiedy był na poziomie wody, przestałem go kreować i po prostu zmienił się w zwyczajną wodę, a ja znów stałem na spokojnej tafli... Zszedłem z niej i wziąłem podręcznik. Uwolnienie wody miałem za sobą po pierwszych dwóch godzinach... Wziąłem się za Uwolnienie Ziemi... Zacząłem czytać... Wyglądało no to, że muszę robić to samo, co w przypadku wody, tyle że z ziemią... Skupiłem się więc. Odepchnąłem głęboko kilka razy. Po kolejnej godzinie ziemia słuchała się mnie tak jak woda. Spróbowałem ją więc uwolnić... Wyrzuciłem ramiona w górę, a naokoło mnie wybuchnęły w górę tony ziemi, piasku i kamieni. Uformowałem ją w gigantycznego żółwia, na którego wskoczyłem i zacząłem nim kierować. Szło tak samo jak z wodą - bez problemu. Ćwiczyłem na zmianę Uwolnienie Wody i Ziemi. Kiedy po czterech godzinach stwierdziłem, że już je opanowałem, zrobiłem sobie przerwę by coś zjeść. Ziemia była tu od dawna jałowa i nigdzie nie było owoców ani niczego... Założyłem płaszcz, który zakrywał całe me ciało i nie było spod niego widać nawet palca, po czym ruszyłem w stronę wioski, gdzie kiedyś chodziłem do szkoły... Zajęło mi to dwadzieścia minut spokojnego marszu. Kiedy znalazłem się bliżej wioski, naciagnąłem mocniej kaptur na oczy. Nie chciałem by mnie rozpoznano... Zacząłem przemykać jak cień między ludźmi. Patrzyli na mnie ze zdzwieniem i zabierali swe dzieci, lub nawet nie zauważali. Kiedy doszedłem do targu, podszedłem do jednego ze straganów, na którym znalazłem chleb i jabłka.
-Jeden bochenek i trzy jabłka...- powiedziałem mrukliwym głosem, by w razie czego nikt mnie nie poznał. Byli to również ludzie, których kojarzyłem ze szkoły... Tych najmniej chciałem wtedy oglądać, a już na pewno nie z nimi rozmawiać. Mężczyzna podał mi chleb i jabłka.
-13...- powiedział. Podałem mu pieniądze. Przeliczył je uważnie.- Skąd Pan przybywa? Tutaj nie mamy takich płaszczy...- spytał.
-Rolą kupca i sprzedawcy, jest kupowanie i sprzedawanie... Wścibskie pytania nie należą do ich powinności...- odparłem nadal mrukliwym głosem. Zanim mężczyzna zdążył coś powiedzieć, ruszyłem dalej. Bocznymi uliczkami wydostałem się z miasta i ruszyłem z powrotem okrężną drogą w razie, gdyby ktoś za mną szedł... Jednak byłem całkiem sam. Na wszelki wypadek, by upewnić się, że nikt mnie nie śledzi, użyłem Sharingan'a i rozejrzałem się w około. Nikogo... Oczy znów zmieniłem na swoje i szedłem dalej szybciej. Po kwadransie byłem z powrotem. Zrzuciłem płaszcz i urwałem sobie kawałek chleba. Zacząłem jeść. Kiedy skończyłem, resztę chleba schowałem pod płaszczem razem z jabłkami. Wróciłem do treningu. Wyciągnąłem podręcznik. Otworzył się na stronie z opisem jakiejś techniki ziemi...
"Doton Kekkai: Dorō Dōmu - Technika więzi ofiarę w samonaprawiającej się kopule ziemi, która jest niemal w stanie natychmiast się odbudować."
Zainteresowałem się i zacząłem to ćwiczyć. Zacząłem od czegoś prostego... Uwięziłem w takiej kopule swój płaszcz. Później coraz to większe rzeczy - krzaki, gałęzie, a na koniec zamknąłem w czymś takim i samego siebie oraz drzewa... Uśmiechnąłem się. Wyszło całkiem nieźle... Kiedy przećwiczyłem już tą technikę, chciałem zabrać się za trening Susanoo... Jednak przypomniałem sobie fragment a propos tej techniki: "(...) powoli wysysa życie użytkownika (...)" Stwierdziłem, że zawsze można poćwiczyć tą technikę w walce.
~A nóż będzie bardziej spektakularna, kiedy będę pełen negatywnych emocji, w walce...?~ pomyślałem. ~No nic... Sprawdzę przy następnej okazji...~ dodałem w myślach.~ Teraz czas na to, bym się wyciszył...
Usiadłem w pozycji Kwiatu Lotosu po środku tafli wody i położyłem dłonie na kolanach. Odetchnąłem głęboko. Zamknąłem oczy i wsłuchałem się w ciszę... Czułem się jakbym zasnął... Mój oddech płynął w rytm muzyki, która grała w mym sercu... Cicha, smutna, żałosna melodia... Pełna wspomnień i bólu... Ale kochałem ją... To była muzyka, z której rytmem szedłem przez życia... Moja melodia...
-Jeden bochenek i trzy jabłka...- powiedziałem mrukliwym głosem, by w razie czego nikt mnie nie poznał. Byli to również ludzie, których kojarzyłem ze szkoły... Tych najmniej chciałem wtedy oglądać, a już na pewno nie z nimi rozmawiać. Mężczyzna podał mi chleb i jabłka.
-13...- powiedział. Podałem mu pieniądze. Przeliczył je uważnie.- Skąd Pan przybywa? Tutaj nie mamy takich płaszczy...- spytał.
-Rolą kupca i sprzedawcy, jest kupowanie i sprzedawanie... Wścibskie pytania nie należą do ich powinności...- odparłem nadal mrukliwym głosem. Zanim mężczyzna zdążył coś powiedzieć, ruszyłem dalej. Bocznymi uliczkami wydostałem się z miasta i ruszyłem z powrotem okrężną drogą w razie, gdyby ktoś za mną szedł... Jednak byłem całkiem sam. Na wszelki wypadek, by upewnić się, że nikt mnie nie śledzi, użyłem Sharingan'a i rozejrzałem się w około. Nikogo... Oczy znów zmieniłem na swoje i szedłem dalej szybciej. Po kwadransie byłem z powrotem. Zrzuciłem płaszcz i urwałem sobie kawałek chleba. Zacząłem jeść. Kiedy skończyłem, resztę chleba schowałem pod płaszczem razem z jabłkami. Wróciłem do treningu. Wyciągnąłem podręcznik. Otworzył się na stronie z opisem jakiejś techniki ziemi...
"Doton Kekkai: Dorō Dōmu - Technika więzi ofiarę w samonaprawiającej się kopule ziemi, która jest niemal w stanie natychmiast się odbudować."
Zainteresowałem się i zacząłem to ćwiczyć. Zacząłem od czegoś prostego... Uwięziłem w takiej kopule swój płaszcz. Później coraz to większe rzeczy - krzaki, gałęzie, a na koniec zamknąłem w czymś takim i samego siebie oraz drzewa... Uśmiechnąłem się. Wyszło całkiem nieźle... Kiedy przećwiczyłem już tą technikę, chciałem zabrać się za trening Susanoo... Jednak przypomniałem sobie fragment a propos tej techniki: "(...) powoli wysysa życie użytkownika (...)" Stwierdziłem, że zawsze można poćwiczyć tą technikę w walce.
~A nóż będzie bardziej spektakularna, kiedy będę pełen negatywnych emocji, w walce...?~ pomyślałem. ~No nic... Sprawdzę przy następnej okazji...~ dodałem w myślach.~ Teraz czas na to, bym się wyciszył...
Usiadłem w pozycji Kwiatu Lotosu po środku tafli wody i położyłem dłonie na kolanach. Odetchnąłem głęboko. Zamknąłem oczy i wsłuchałem się w ciszę... Czułem się jakbym zasnął... Mój oddech płynął w rytm muzyki, która grała w mym sercu... Cicha, smutna, żałosna melodia... Pełna wspomnień i bólu... Ale kochałem ją... To była muzyka, z której rytmem szedłem przez życia... Moja melodia...
*Jakiś czas później...*
Kiedy otworzyłem oczy było już chłodno i słońce chyliło się ku zachodowi... Wstałem i zszedłem z powrotem na brzeg. Odetchnąłem znowu głęboko. Wziąłem rzeczy i ruszyłem na spoczynek do tamtego domu, gdzie spędziłem ostatnią noc... Wszedłem na strych i położyłem się... Nie czułem nic... Tylko pustkę... Westchnąłem... Spojrzałem znowu w niebo... Z różu zmieniło się już w granat... Wszystko już zasypiało... Ja również... Moje powieki zaczynały ciążyć, aż opadły... Zasnąłem...
CDN
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz